poniedziałek, 24 marca 2008
Koniec
Zastanawia was tytuł, co? No to powiem krótko - kończę z tym blogiem. Decyzja równie spontaniczna, jak ta, żeby z nim zacząć. Nie mam już ochoty na siłę oglądać filmów, a tym bardziej na siłę pisać recenzji filmów, które wcale mi się nie podobały. Nie oznacza to, że przestanę oglądać filmy - co to, to nie :P Teraz będę je po prostu oglądał. Zaczynało mnie już męczyć, że po każdym filmie myślę o tym, żeby napisać jakąś recenzję, ale albo to nie ma czasu (dziwne co nie? oglądać jakoś mam czas :P), albo mi się nie chce (główny powód). A skoro coś mnie nudzi, trochę męczy, tak naprawdę nie kręci, to po co mam to ciągnąć? W sumie, to i tak nikt tutaj regularnie pewnie nie zagladał (może tylko garstka osób), więc mam nadzieję, że się nie obrażą. Natomiast co do mojego "blogowania", to nie kończy się - zaczyna na nowo. Założyłem sobie nowego bloga. Będzie z pewnością mniej wymagający, ale za to może być o wiele ciekawszy i bardziej konkretny. O czym będzie? Formuła 1 - sport, który w ostatnim roku zawładnął mną całkowicie. Mam nadzieję, że nie znudzi mi się przez kolejnych klika lat. Tak więc zainteresowanych zapraszam.
niedziela, 16 marca 2008
GP Australii, Melbourne 16.03.2008
Nowy sezon rozpoczęty! Niestety rozpoczęcie to nie napawa mnie optymizmem, a raczej niepokojem o losy Roberta w zespole BWM. No ale to może bardziej moje odczucie, najpierw tak ogólnie. +++_Wrażenia_+++ +++_Teamy_+++ McLaren pojechał na miarę oczekiwań. Przynajmniej Hamilton, bo Kovalainen jakby nie przyzwyczaił się jeszcze do nowego samochodu, jakby nie potrafił z niego wycisnąć maksymalnych osiągów. Poza tym po wyścigu Luis bardzo wychwalał swój nowy bolid - nie wiem, czy mówił do końca serio, czy po prostu tak cieszył się ze zwycięstwa, że dla przyzwoitości pochwalił również swoich mechaników za porządną robotę. BMW - o nich, to nie wiem co powiedzieć. Z tych dobrych rzeczy, to można powiedzieć, że bolid chyba nie jest taki zły, skoro Robert wycisnął nim w kwalifikacjach 2 miejsce, Nick zajął w wyścigu drugie miejsce, no i co najważniejsze obydwie skrzynie biegów dotrwały do końca ;P Z drugiej jednak strony po drugim tankowaniu Roberta, gdy był załadowany paliwem po brzegi, nie mógł sobie poradzić z Sebastienem Bourdais - siedział mu na ogonie i ani w jedną, ani w drugą. Może to świadczyć o tym, że albo Toro Rosso ma całkiem niezły bolid w porównaniu z BMW oraz debiutujący w ich zespole francuz całkiem dobrze sobie, radzi za kółkiem, albo że nowe samochody BMW nie dysponują zbyt wielką mocą (co również potwierdzałby fakt niższych prędkości maksymalnych w porównaniu z innymi ekipami) i jak sie je obciąży to jest klops. Force India - jako że jest to debiutujący zespół, o biało-złotych barwach, więc warto było zwrócić na nich większą uwagę. Spyker nie radził sobie najlepiej, więc była szansa, że po zmianie właściciela coś się zmieni. Niestety nie mieliśmy teraz okazji podziwiać Force India w akcjii, gdyż Fisichella i Sutil odpadli bardzo szybko (pierwszy zespół który odpadł w całości). Może następnym razem będzie lepiej... Honda - tutaj warto o nich coś powiedzieć nie tylko dlatego, że dość mocno zmienili kolory bolidów, ale przede wszystkim, że Rubens Barrichello pokazał, że jego pojazd ma niezłego kopa. Mógł zając wysokie, jednak najpierw dostał karę Stop/Go (chyba za najechanie na linię oznaczającą wyjaz z pit-stopów), a potem został zdyskwalifikowany za wyjazd z pit-stopu na czerwonym świetle. Kolejny pechowiec, ale to z pewnością nie ostatni popis Hondy w tym sezonie. +++_Inne_+++ Kolejny wyścig już za tydzień w Malezji. Tu pojawia się problem, ponieważ jest to niedziela Wielkanocna a wtedy jak wiadomo jest duże śniadanko z rodziną a wcześniej do kościółka sie idzie, więc jest opcja, że nie dam rady obejrzeć, więc wybaczcie ;) Zrobię jednak wszystko co w mojej mocy (jak sie da, to święta przesune :P).
poniedziałek, 03 marca 2008
John Rambo (2008)
Nie tak młody już John Rambo mieszka sobie spokojnie gdzieś na obrzeżach dżungli gdzieś niedaleko granicy z Birmą (wybaczcie mój brak wiedzy z geografii, bo zapomniałem jakie to państwo) i zarabia na życie prostymi pracami. W tym czasie rządy w Birmie przejmuje sadystyczny generał, który chce tylko tyle, żeby ludzie się go słuchali oraz czuli przed nim strach. Nasz John jednak mieszka w bezpiecznej odległości i mało go obchodzi krwawa rzeź ludności, która ma miejsce niedaleko miejsca jego pobytu. Wypada w tym miescu wspomnieć, że Rambo był posiadaczem niezbyt dużej łodzi, co sprawiło, że pewnego dnia odwiedziła go grupa wolontariuszy chcących przedostać się do Birmy - droga wodna była najbezpieczniejsza (o ile w ogóle można mówić w tej sytuacji o bezpieczeństwie). Oczywiście nie chcą nic za darmo - oferują za to odpowiednie wynagrodzenie. Jednak nasz weteran wojny w Wietnamie mówi, że nie bo nie, bo nie są w stanie nic zmienić i niech wracają lepiej do domu. W końcu jednak po długich i uporczywych namowach zgadza sie to zrobić - nie chce jednak zapłaty. Po wykonaniu zadania wszyscy są "happy" - wolontariusze idą do pobliskiej wioski pomagać ludziom, a John wraca do domu. Jednak już nastęnego dnia wolontariusze przestają być "happy" bo na wioskę najeżdża oddział żołnierzy i zabija wszystkich mieszkańców, a amerykanów bierze w niewolę. Jakiś czas potem dowiaduje się też o tym John, gdy zostaje zorganizowana misja ratunkowa. Polegała ona na tym, że do odbicia zakładników zostaje wynajętych kilku najemników, bo nikt normalny by się tego nie podjął. Tak się zaczyna akcja... Uf, ale dużo tego mi wyszło. Znowu muszę przyznać, że trochę się rozczarowałem - w tym przypadku na plus. No bo sami powiedzcie - czego można było się spodziewać po piątej części serii o niezmordowanym komandosie, nakręconej ładnych parę lat po wcześniejszych, wiedząc że główną rolę zagra ten sam aktor (mający już ponad 60 lat, więc gdzie tu komandos). W pewnym sensie sprawdza się to przypuszczenie, jednak trzeba zaznaczyć, że wcale nie jest źle. Film jest powiedziałbym "neutralny". Oczywiście widać tutaj wyraźnie ślady lat 80-tych, wyrażające się przede wszystkim w obficie lejącej się, wyjątkowo intensywnie czerwonej krwi, scenach gdzie ludzie są rozrywani przez granaty, nogi i ręcę są urywane przez pociski CKM'ów itd... Na szczęście wszystko jest "ślicznie" zrobione przez specjalistów grafików, co mimo wszystko wygląda lepiej niż różowy kisiel i gumowe flaki :P
niedziela, 02 marca 2008
Nanny Diaries (2007)
Pierwsze co muszę powiedzieć - jakim cudem polski tytuł tego filmu to "Niania w Nowym Jprku" ??? Ludzie, to jest już przesada. Wracając natomiast do samego filmu... Annie Braddock właśnie co skończyła college. Jej matka ma nadzieję, że córka ułoży sobie życie, będzie miała kasę, rodzinę i wszystko czego dusza zapragnie. No może trochę przesadzam - po prostu mamusia bardzo przejmuje się tym, żeby Annie nie skończyła gdzieś na ulicy jako bezdomna. Tymczasem nasza bohaterka w dość nieoczekiwany sposób dostaje pracę... niani. Ma wychowywać małego Grayera, którego rodzice mają pieniędzy jak lodu i są typowym przykładem, że tak powiem, "ludzi kariery". Oczywiście matka Annie nie może się dowiedzieć o tym, że jej córka pracuje jako niania typu C (czyli oprócz niańczenia zajmuje wszystkim innym), więc zostaje poinformowana, że Annie pracuje w jakiejś firmie finansowej, praca jej się bardzo podoba, ale ma jej strasznie dużo i nie ma na nic czasu. Co do realiów natomiast, to początkowo nowa niania jest zupełnie niedoświadczona i nie wie jak poradzić sobie z dzieciakiem. Z czasem jednak zaczyna go poznawać i rozumieć, zaczyna ich łączyć prawdziwa przyjaźń... Tyle wystarczy na dzisiaj z fabuły :P Ogólnie rzecz biorąc, to nieco rozczarowałem się tym filmem. Nie, że się zawiodłem, ani też, że byłem zachwycony - po prostu nasz polski tytuł, oraz trailer który widziałem (a zawierał chyba wszystkie śmieszne sceny w filmie) spowodowały, że miałem zamiar obejrzeć coś w rodzaju bardziej komedii. Jest to jednak raczej poważny film, który tylko momentami próbuje nas rozśmieszyć. Ogólnie to sprawa jest dość poważna, co można wywnioskować chociażby z tego wprowadzenia do fabuły, jakie wyżej napisałem. Właściwie, to lepiej obrazuje to oryginalny tytuł, który pozwolę sobie przetłumaczyć na "Dzienniki niani" (tak dobitnie :P ). Według mnie właśnie takie coś dostajemy na ekranie - opowiadanie stworzone na podstawie dziennika pewnej młodej dziewczyny, która przeżyła dość emocjonujący okres bycia nianią w bardzo bogatym domu. Spotkała się tam z wieloma problemami, jakie nękają tego typu rodziny, mając przy okazji swoje własne problemy. Filmowi wystawiam ocenę 4- (w szkolnej skali ocen). Można go spokojnie obejrzeć, nie jest zły, natomiast czegoś jednak tam brakuje, żeby powiedzieć, że jest dobry. Problem w tym, że nie wiem czego, w każdym razie odczuwałem lekki niedosyt po jego obejrzeniu. Może to i nawet dobrze, że nie było pokazane wszystko, co bym chciał, bo wtedy bym mówił, że był przewidywalny i nudny :P Tak to już jest, że sami nie wiemy czego chcemy i czasami bardzo ciężko sobie to uświadomić - i o to również chodzi w tym filmie.
środa, 20 lutego 2008
The Golden Compass (2007)
Lyra Belaqua jest małą dziewczynką pochodzącą z zamożnego rodu, lecz wychowującą się w towarzystwie równieśników pochodzących ze zdecydowanie bardziej przeciętnych środowisk. Energiczna, żądna przygód nie boi się zaglądać tam gdzie nie wolno, nie boi się podejmować ryzyka. Żyje przygodą i marzy o przygodach. Nie spodziewa się, że dane jej będzie odegrać decydującą rolę w historii, która zmieni oblicze świata, w którym żyje... Świat, w którym żyje Lyra jest bardzo specyficzny. Można by powiedzieć, że została tutaj wykreowana alternatywna rzeczywistość, w której pojazdy napędzane są jakimś nieznanym nam żródłem energii, technika jest stosunkowo bardzo zaawansowana, ale od strony wizualnej wszystko wygląda jakby wyjęte z końca XIX wieku - ubrania, zachowanie, sztuka, stylizacja budynków, trendy w architekturze i wszystko co sobie możemy jeszcze wymyślić. XIX wiek i tyle. I znowu kolejny "paradoks" - ówcześni naukowcy rozwijają bardzo zaawansowane teorie zakładające istnienie światów równoległych, tuneli międzywymiarowych itp. Ogólnie rzecz biorąc film mi się nie podobał. Wykreowany obraz alternatywnego świata w ogóle nie przypadł mi do gustu. Poza tym jest to film kierowany przede wszystkim do dzieci i szczerze mówiąc (jak dla mnie) chyba tylko one są w stanie go obejrzeć bez chwili znudzenia. Epizody w filmie strasznie banalne i w pewnym sensie przesadzone - sielankowa historyjka, w której wszystko musi się zakończyć dobrze, a wszelkie mroczniejsze momenty są tylko po to, aby najmłodsi widzowie bardziej to wszystko przeżywali. Tylko czy jest co przeżywać, nawet dla nich? Pomijając nawet wszystko, co dotychczas napisałem, to film nie ma swojego własnego klimatu, nie wciąga - akcja leci jak woda w kranie i nic po niej tak naprawdę w głowie nie zostaje. Jestem bardzo zawiedziony, bo wiem, że można zekranizować porządny film przeznaczony dla młodszych w taki sposób, aby podobał się też "tym starszym". Najlepszym tego przykładem są "Opowieści z Narnii", które wywarły na mnie naprawdę pozytywne wrażenie.
niedziela, 17 lutego 2008
Once Upon a Time in Mexico: Desperado 2 (2003)
Kurczę, to już prawie 5 lat minęło od premiery tego filmu, a wydawało mi się, że to nie więcej niż 2 lata minęły. Ale ten czas szybko leci. El Mariachi stara się żyć spokojnie w niewielkim miasteczku gdzieś w Meksyku. Jednak jego przeszłość nie dała mu o sobie zapomnieć i skoro on próbował unikać przygód, to nowa "przygoda" postanowiła sama do niego przyjść. Krótko mówiąc El zostaje wkręcony w bardzo duży spisek, który zawierał w sobie zamach stanu, zabójstwo prezydenta kraju, czyli taki dość pokazowy przewrót. Na początku nawet nie było wiadomo o co w tym wszystkim chodzi i kto odgrywa jaką rolę. W każdym razie ostatecznie nasz bohater stanął po właściwej stronie. Fabuły nie ma tu co za bardzo omawiać, czy przybliżać, bo wszyscy dobrze wiemy, że w filmie chodzi przede wszystkim o emocje, adrenalinę, szybsze bicie serca - akcja, akcja i jeszcze raz akcja (wiem, trochę przesadzam :P). Przynajmniej takie było założenie, bo w pewnych momentach mimo wszystko film jest dość nudny, ale pomińmy teraz szczegóły. Ogólnie wyszła nam całkiem niezła meksykańska jadka, gdzie strzelanina goni strzelaninę, jest parę ciekawych zwrotów akcji i przez cały czas coś się dzieje, ktoś kogoś chce zabić, ktoś inny chce zarobić dużo kasy itd... Film wyszedł całkiem fajnie. Można powiedzieć, że plan został zrealizowany. Nic dodać, nic ująć. Ogląda się naprawdę całkiem przyjemnie. Być może nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie obsada - naprawdę gwiazdorska. Nie pamiętam w tym momencie filmu, w którym grało by tylu znanych mi aktorów. Antonio Banderas, Salma Hayek, Johnny Depp, Willem Dafoe, Mickey Rourke, Danny Trejo, Enrique Iglesias (no ten, to może niekoniecznie aktor) i Eva Mendes - lepszej obsady zrealizować się praktycznie nie da (no... w teorii się da, ale film musiałby mieć spory budżet :P ). Magia wielkich sław daje się tutaj we znaki. Trudno porównać film z pierwszą częścią, bo przyznam się, że prawie w ogóle już nie pamiętam co tam się działo, po co i dlaczego. Mogę jedynie powiedzieć, że oczywiście jedynka to już legenda kina, a ta "doklejona" część, to co najwyżej taki fajny dodatek. W każdym razie i tak warto go zobaczyć. Polecam. Into the Wild (2007)
Chris wiódł jak dotychczas całkiem spokojne życie. Możnaby powiedzieć nawet, że był w pewnym sensie przykładem dla innych. W college'u uzyskiwał bardzo dobre wyniki, żył w zgodzie z siostrą i z rodzicami (przynajmniej starał się) itd, itp. Jednak wewnątrz to wszystko go nudziło, nie widział większego sensu w zdobywaniu jakichkolwiek klasyfikacji, a perspektywa robienia kariery w jakiejkolwiek dziedzine dosłownie go odpychała. Postanowił z tym zerwać. Przygotował całkiem niezły plan ucieczki z domu, chociaż ja bym to raczej nazwał porzuceniem rodziców niż ucieczką, bo w końcu pełnoletni człowiek ma prawo wyboru, prawda? Tak więc po pozbyciu się wszystkich swoich pieniędzy i zniknięciu pewnego wieczoru rozpoczęła się jego życiowa przygoda. Film oparty na prawdziwej historii, nakręcony przy wsparciu niektórych ludzi, którzy brali w tym wszystkim udział. Dzięki temu wszystkie ważne momenty z życia Christophera McCandless'a są prawdopodobnie dość dobrze odwzorowane. Film wciągający. W moim przypadku najbardziej wciągnęła mnie chęć zobaczenia jak to wszystko się skończy. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego rozwoju sytuacji. Zakończenie tej historii całkowicie zmienia obraz filmu, czyni go naprawdę poważnym, a nie tylko jakąś opowiastką o paru barwnych latach wyjętych z życia jakiegoś faceta. Film godny uwagi. Typowy film biograficzny, który pokazuje nam różne wydarzenia bez większej przesady, bez niepotrzebnego patosu - akcja toczy się powoli, spokojnie, bez pośpiechu. Dobra alternatywa dla wielu innych filmów, które są nam dzisiaj serwowane w kinach.
piątek, 15 lutego 2008
Kill Bill Volume 1 & 2 (2003, 2004)
Wiecie, powiem wam jedno: nie oglądanie żadnych zapowiedzi, reklamówek, nie czytanie recenzji oraz żadnych streszczeń filmu bardzo się opłaca z wielu względów. Po pierwsze i co najwazniejsze nie wiemy jak film się skończy. Po drugie nie wiemy jak się zacznie. Jeżeli również nie wiemy o co w filmie chodzi, to mamy pełen sukces - będziemy mogli wyciągnąć z filmu dokładnie tyle, ile w nim jest. Nie będziemy na niego napaleni po tym, jak przeczytaliśmy dziesiątki recenzji wychwalających go niewiadomo za co, by podczas oglądania tylko się rozczarować. Podobnie w drugą stronę - jeżeli film nie uchodzi za najlepszy, to nie znaczy, że nam się nie spodoba. "Uwolnienie" się więc od tego wszystkiego wychodzi zawsze na plus. Tak właśnie było w moim przypadku z Kill Billem - tytuł obił mi się parę razy o uszy, coś tam jakieś zdjęcie z Umą Thurman gdzieś się przewinęło i to wszytsko. O czym film był, jaki był - tego nie wiedziałem (teraz pewnie niektórzy mogą się zastanawiać jak mi się to udało). Fabuły filmu nie mam zamiau przybliżać, nawet do niej wprowadzać. Zdradzę tylko, że chodzi o zemstę... słodką, rozkoszną zemstę... Jak ktoś chce wiedzieć więcej, niech się trochę pofatyguje i obejrzy filmy samemu. Żałować nie powinien. Teraz przechodząc do innych spraw - "ojcem" tego filmu jest Quentin Tarantino (scenariusz, reżyseria, producent i cholera wie co jeszcze), co odgrywa tutaj chyba kluczową rolę. Specjalistą od jego kina nie jestem, ale z wszystkich filmów, które wyszły z pod jego ręki (i które oczywiście widziałem) ten wydaje mi się być najbardziej wyjątkowym. Takiego czegoś naprawdę wcześniej nie widziałem, zaraz postaram się powiedzieć dlaczego, chociaż trudno będzie to zrobić. Bym zapomniał o jeszcze jednej ważnej kwestii - oprawa muzyczna - również rewelacja. Melodie i utwory bardzo fajnie dobrane w zależności od sceny. Tak jak w filmie mamy tutaj niezłą mieszankę - zarówno całkiem poważne utwory, jak i takie typowo wyjęte z filmu akcji z lat 80-tych. W sumie film jakoś tak trochę w stylu lat 80-tych nakręcony, mimo że akcja dzieję się w naszych czasach... a może mi się tylko wydaje? A największy problem, to żeby cokolwiek o nim napisać - bo przyznam szczerze, że naprawdę nie wiedziałem co by tu powiedzieć, no i wyszło co wyszło. Mam nadzieję, że się podobało. Kto nie oglądał niech natychmiast biegnie do sklepu i kupuje ! I to natychmiast !
czwartek, 14 lutego 2008
The Condemned (2007)
Pewien producent filmowy wpada na pomysł nakręcenia zupełnie nowego reality-show. Jego pomysł jest tak przewrotny, że przygotowania do programu prowadzi w tajemnicy przed światem, program będzie emitowany wyłącznie przez internet za niemałą opłatą, a poza tym ma nadzieję, że nie zostanie zamknięty w więzieniu po wszystkim (czyt. nie da się złapać). Dlaczego? Otóż program polega na tym, że dziesięciu przestępców z całego świata, którzy oczekują na wyrok śmierci, zostaje umieszczonych na wyspie. Tam mają 30 godzin, na stoczenie między sobą walki na śmierć i życie. Wygra jeden, albo żaden, gdyż po upływie regulaminowego czasu, jeżeli nie będzie zwycięzcy, ładunki wybuchowe przytwierdzone do ich nóg zostaną zdetonowane. Pomysłodawca tłumaczy w wywiadzie, że nie widzi w tym nic złego, gdyż daje każdemu z nich możliwość walki o nowe życie. Gdyby nie on, to i tak by zginęli, więc co w tym złego? Z takim przekonaniem wytrwał do samego końca, swojego końca... Jak to wszystko się rozegrało polecam zobaczyć samemu, nie będę dokładnie strzeszczał fabuły. Film nie jest jakąś rewelacją kina akcji, w sumie nie jest też takim nowym pomysłem. Jeżeli porównać "Condemned" z "House of Nine" to różnią się niewieloma szczegółami (według mnie na korzyść tego drugiego). Recenzja krótka, bo zaraz pojawi się o wieeeeele ciekawszy tytuł.... a nawet 2 w jednym ;)
środa, 13 lutego 2008
30 Days of Night (2007)
Barrow (Alaska) to najdalej wysunięte na północ miasto w U.S.A. Warunki niezbyt przyjazne - prawie cały czas zima, długie noce, krótkie dni i inne sprawy związane z życiem powyżej koła podbiegunowego. No i właśnie w związku ze swoim ekstremalnym położeniem geograficznym co roku, na 30 dni w mieście zapada noc. Ludzie przygotowują się do niej z odpowiednim wyprzedzeniem, zbierają zapasy, wiele osób wyjeżdża. W związku z 30 dniową nocą miasto zostaje prawie odcięte od świata, gdyż wszelkie połączenia lotnicze z najbliższymi miastami zostają wstrzymane. Ludzie na szczęście przyzwyczaili się do tego i nauczyli przetrwać tą jakże długą noc. W tym roku jednak okazała się ona być nieco bardziej "atrakcyjną"... [dalej czytać na własną odpowiedzialność - spojlery] Parę rzeczy się pod koniec zaczyna dziać, a zakończenie było tak głupie, że aż muszę napisać o co poszło. Otóż pozostało kilka godzin do świtu. Prawie wszyscy są schronieni w Utilidorze (cokolwiek by to miało znaczyć - tak nazywał się ten budynek w tej wersjii którą oglądałem :P ), poza żoną szeryfa, która jest uwięziona pod samochodem terenowym na środku ulicy - nie może jednak biedna wyjść, bo wampiry wszędzie grasują. Pan Szeryf decyduje się wtedy na "bohaterski" czyn - pobiera krew z ciała jednego z zabitych wampirów i wstrzykuje ją sobie, aby zyskać wampirzą siłę i wychodzi walczyć z tuzinem wampirów. Oczywiście najpierw zabija ich bossa, co powoduje, że nikt już nie odważy się z nim walczyć. Zwycięstwo, wampiry pokonane. No tak, ale nasz szeryf też zaraz będzie wampirem, gdy przemiana się dokona. Poszedł więc z żoną obejrzeć zachód słońca i w jej ramionach wyparował. Głupio brzmi? Dokładnie, właśnie tak wygląda ten film. Najpierw wciągająca tajemniczość, potem pewne rozczarowanie (bo sama obecność wampirów, to przecież jeszcze nic złego, tylko po prostu "to już było"), a potem już tylko coraz gorzej tylko po to, aby zakończenie swoim idiotyzmem wywołało w najlepszym przypadku wybuch śmiechu, a w najgorszym to chyba załamanie psychiczne albo fobię na amerykańskie horrory :D P.S. Film i tak lepszy od ostatniego odcinka Prison Breaka (3x12), po którym jak narazie nie mam nawet ochoty oglądać następnego. Radio (2003)
Film oparty na prawdziwej historii. Akcja rozgrywa się w latach 70 ubiegłego wieku. Młody, upośledzony chłopak (Cuba Gooding Jr.) pewnego dnia zostaje dostrzeżony przez trenera lokalnej drużyny futbolowej, Harolda Jones'a (Ed Harris). Ten, próbuje nawiązać z nim kontakt, lecz chłopak początkowo wcale się nie odzywa. Jest zagubiony, gdyż dotychczas nikt nie zwracał na niego uwagi, nie interesował się nim, a jedyne miłe słowa mógł usłyszeć od swojej matki oraz brata, który od czasu do czasu przyjechał go odwiedzić. Harold proponuje mu, aby przychodził na treningi pooglądać jak reszta chłopaków trenuje. Chłopak nie odpowiada nic, lecz kolejnego dnia przychodzi obejrzeć trening, stojąc przy płocie. Harold wraz z drugim trenerem Honeycuttem (Brent Sexton) zapraszają go po zakończeniu ćwiczeń na przekąskę do swojego pokoju. Tam wpadają na pomysł, że będą do niego mówili Radio, gdyż chłopak zawsze przy sobie miał radio, którego słuchał cały czas. Początkowo zawodnicy drużyny nie potrafią zaakceptować, że Radio przychodzi na treningi, gardzą nim, lecz z czasem dostrzegają, że przecież nie on wcale nie jest świadomy tego, że jest niepełnosprawny... To wszystko z czasem pociągnęło za sobą wiele wydarzeń, które zmieniły społeczność niewielkiego miasteczka. Film naprawdę przejmujący. Chociaż nie jest to typ filmu, który oglądam zbyt często, to mimo to jego wartość jest dla mnie większa niż wielu superprodukcji, która przynosi milionowe dochody oraz zyskuje rzesze fanów (chociaż patrząć na obsadę, ten również tani nie był ;P ). Tak łatwo o tym mówić, a ciekawe jak sami zachowalibyśmy się w takiej sytuacji? Przecież co chwilę, idąc ulicą, można zobaczyć ludzi, którzy jakby nie patrzeć, są nieco ograniczeni (przepraszam, ale innego słowa nie znalazłem) fizycznie, lub psychicznie. Zazwyczaj w takim momencie staramy się ominąć ich wielkim łukiem, nie mieć z nimi nic do czynienia. Może nie wszyscy tacy są, ale zdecydowana większość. Co nas tak powstrzymuje, żeby w sytuacji w której wystarczy czasem powiedzieć tylko parę słów, wolimy milczeć? Czemu "boimy" się tych ludzi?
środa, 06 lutego 2008
Hitman (2007)
No i doczekaliśmy się kolejnej ekranizacji kultowej gry. Swoją drogą gry naprawdę dobrej - sam grałem i jak dla mnie rewelacja. Wracając jednak do filmu... znacie na pewno stereotyp dotyczący filmów tworzonych na podstawie gier komputerowych, prawda? No to ten film nie odbiega od tego właśnie stereotypu. Szczerze przyznam, że po obejrzeniu samego trailera nie spodziewałem się wiele - taka akcja, a w tle "Ave Maria" - to mi po prostu nie pasowało do siebie i jakoś tak odraziło. A teraz pora na krótkie streszczenie fabuły. Jest sobie jakaś supertajna agencja, która szkoli już od najmłodszych lat płatnych zabójców. Coś w rodzaju fabryki superskutecznych morderców. Jest to organizacja pozarządowa, która za odpowiednią opłatą sprzątnie z tego świata każdego. Nie obchodzi ich powód, dlaczego?, po co? itd. Jest zlecenie, jest ktoś, kto chce się tego podjąć, jest forsa, to nie ma przeszkód. Dalej nie piszę, ale jest to chyba tak oczywiste jak to się skończy, że naprawdę nie warto marnować miejsca. Dlaczego film jest słaby? Pominę już schematyczność, nudną akcję pomimo tego, że ktoś co chwilę gdzieś strzela, bardzo "efektowne" metody walk (które widzieliśmy już chyba w każdym innym filmie), starcia bohaterów, naiwne "zwroty" akcji itd. Dosłownie nic nowatorskiego, żadnego powiewu oryginalności, zlepek wszystkiego, co już znamy. No i pomijając to wszystko, gwoździem do trumny jest tekst wypowiedziany na początku filmu: "agencja tak tajna, że nikt nie wiedział o jej istnieniu". Jeśli w filmie słychać coś w tym stylu, to już wiadomo, że to co zobaczymy, nie będzie za bardzo poważne. Cytat ten jest najlepszym zwiastunem całego filmu.
![]()
Podsumowując - gra to gra, a film to film. Zaczynam niestety wątpić, że kiedyś powstanie porządna gra na podstawie filmu, albo porządny film na podstawie gry. Jak narazie podobała mi się jedynie seria Resident Evil, ale próbując ocenić go obiektywnie, też trudno wystawić mu dobrą ocenę. Kurcze, zaczynam odbiegać od tematu :P W takim razie, kto chce niech ogląda, ale niech nie spodziewa się wiele. P.S. Hitman i tak 100000x lepszy od AvP 2 :D:D:D
wtorek, 05 lutego 2008
Aliens Versus Predator 2 (2007)
Tak na wstępie przepraszam, że napisałem, że będę pisał a nie pisałem. No ale co się odwlecze to nie uciecze jak to niektórzy powiadają ;) Problem również w tym, że lista filmów urosła i nie ma kto teraz recenzji pisać :P Tak więc pierwsze co mi przychodzi na myśl po obejrzeniu tego filmu - największa tandeta i klapa minionego roku. Naprawdę myślałem trochę czy jakiś inny film mógłby rywalizować z AvP 2 o miano największego kiczu 2007, ale nic mi do głowy nie przyszło. Pierwsza część w porównaniu z obecną, to prawdziwe dzieło. Fabuła - była taka, że praktycznie mogłoby jej nie być w ogóle i gdyby po prostu zaserwowano nam jedną wielką bitwę obcych i predatorów to przynajmniej byłoby na co popatrzeć. Tymczasem ktoś chciał się wykazać i dołożył tutaj kilka rzeczy od siebie (niestety). Tak wygląda to wszystko w skrócie. Może nawet i nie w skrócie, w każdym razie to co napisałem to około 90 minut oglądania. Powiem tak - choćby nie wiem jak to streszczenie wam się podobało (jednym mogło się podobać, innym nie), to film jest o wiele gorszy :P Zresztą jak można mówić, że film jest dobry, skoro jedyne co można wogóle o nim napisać to jego streszczenie? Tak więc, zdecydowanie nie polecam. Czasem warto obejrzeć nawet beznadziejny film, poświęcić troche czasu, ale jednak przekonać się, że jest beznadziejny - w tym przypadku nawet tego nie warto.
środa, 05 grudnia 2007
House of Flying Fingers
Jeśli ktokolwiek grał kiedyś na pianinie, to po obejrzeniu tego filmiku prawdopodobnie zwątpi w swoje wszelkie umiejętności :P Dosłownie szczena opada.
niedziela, 18 listopada 2007
Resident Evil: Extinction
Skoro był film, to teraz trzeba coś powiedzieć o muzyce. Po odsłuchaniu soundtracka mogę o nim powiedzieć dokładnie to samo co o filmie - jak można tak skopać sprawę? Na płycie znajduje się 19 utworów, z których niestety tylko 4 są skomponowane jak na prawdziwy soundtrack przystało i co najważniejsze - 2 z nich są po prostu świetne. Reszta to w zdecydowanej większości piosenki różnych zespołów metalowych, a jest to muzyka, która szczerze mówiąc mało mnie interesuje, chociaż słyszałem parę bardzo fajnych kawałków. Poza tym - są to piosenki, których w filmie nie usłyszymy! Napisy końcowe to nie film i niech tam sobie leci co chce. Przyznam, że bardzo nie lubię takiego czegoś. Uważam, że jeśli już robi się jakąś ścieżkę dźwiękową, to albo niech to będzie zbiór pioseneczek "nie wiadomo skąd i po co" albo niech to będzie tylko to, co słyszeliśmy w filmie. Jeśłi natomiast nie da się tak zrobić, to niech nie mieszają tego wogóle. Taka jest moja opinia i zdania nie zmienię. No tak - skoro tyle złego w tym soundtracku, to po co wogóle pisać? Stwierdziłem, że warto dla tych dwóch wyżej wspomnianych kawałków skomponowanych przez Charliego Clousera. Pierwsza i ostatnia pozycja - Main Title oraz Convoy. Muszę niestety wtrącić kolejną uwagę, gdyż trwają one odpowiednio 43 i 49... sekund. Szkoda, że nie chciało się komuś skomponować utworów trwających przynajmniej parę minut. Wielka szkoda, bo w tych parudziesięciu sekundach pan Clouser (o którym przyznam, że wcześniej w ogóle nie słyszałem) zmieścił praktycznie cały klimat filmu. Ogólny klimat oczywiście, bo na szczegóły zabrakło czasu. Jak fajnie sobie teraz pogdybać - ach, gdyby ten score trwał około godzinki i był na tym poziomie co motyw przewodni - byłoby cudownie. Do tego mam właśnie największy żal :( Czasami jest tak, że score wychodzi później niż ten "pierwszy" soundtrack. Może też ktoś zrobi jakiś ciekawy bootleg. Na to liczę, gdyż na score się nie zapowiada z prostego względu - nie umieszczano by wtedy "Main Title" i "Convoy" na płycie z piosenkami od innych artystów. Podsumowując - zarówno film jak i ścieżka dźwiękowa okazały się być bezsensownie zepsutymi. To tak, jakby np. The Rolling Stones przyjechali na koncert, wyszli na scenę i zaśpiewali jedną piosenkę. Wszystkim by się podobało, ale gdzie reszta? Resident Evil: Extinction |